Ostatnio trochę znudziło mi się fotografowanie z ambon. Po pierwsze dlatego, że w Puszczy Niepołomickiej urzęduję od dłuższego czasu na 2 (słownie: dwóch) ambonach na zmianę i chętnie spróbowałbym czegoś nowego. Po drugie, ponieważ ambony zmuszają do obserwowania zwierząt z wysoka i zrobione z nich zdjęcia mają nie najlepszą perspektywę. Postanowiłem więc poszukać szczęścia w innych miejscach i wyruszyłem na wyprawę wgłąb Puszczy. A było to tak:
Od dawna już planowałem odwiedzić kilka zakątków, gdzie - jak zakładam - szansa na spotkanie zwierza może być całkiem spora. Niestety, wcześniej jakoś brakowało mi motywacji i zamiast zapuszczać się w las, jeździłem ciągle w te same miejsca. Moja cierpliwość w końcu się jednak wyczerpała i z aparatem na szyi ruszyłem przed siebie. Efekt wyprawy był taki, że zawędrowałem pod... kolejną ambonę. Chcąc nie chcąc wspiąłem się na górę i rozejrzałem po okolicy. Z ambony miałem widok na rozległą polanę, ale zarośniętą tak wysokimi trawami, że nawet gdyby przetaczało się tamtędy stado słoni, to i tak bym go nie zauważył...
Mimo wszystko postanowiłem chwilę (czytaj: trzy godziny) poczekać i zobaczyć, co będzie się działo. Nie zawiodłem się! Po jakimś czasie pod amboną pojawiła się sarna. Nie miała pojęcia, że siedzę nad nią i... ułożyła się w najlepsze w zaroślach tuż pod moimi nogami. Sytuacja zrobiła się patowa: zdjęcia zrobić nie mogłem i wiedziałem, że gdy tylko zacznę schodzić z ambony, sarna zaraz ucieknie. Niestety, miałem rację. Kiedy tylko postawiłem nogi na drabince, koza zerwała się i zniknęła w trawach. Przygoda ciekawa, ale zdjęć brak :(
Byłem przekonany, że tego dnia nic już w lesie nie zdziałam i postanowiłem wrócić do samochodu, gdy wreszcie uśmiechnęło się do mnie szczęście. Idąc ścieżką omal nie wdepnąłem na młodego lisa! Nie zauważył mnie, choć przystanąłem może ze dwa metry od niego. Zwierz bawił się swoją zdobyczą (chyba nornicą, ale nie widziałem dokładnie, co to było) i zachowywał się trochę jak kot, który właśnie złowił mysz. Tak był tym pochłonięty, że w ogóle nie zwrócił na mnie uwagi. Przykucnąłem więc, wykadrowałem i ciach - wyzwoliłem migawkę. Lis, gdy tylko to usłyszał, spojrzał w moją stronę, po czym chwycił w zęby swój obiad i błyskawicznie uciekł. I to by było na tyle.
Ze zdjęcia jestem bardzo zadowolony, bo to chyba najlepsze ujęcie lisa, jakie udało mi się do tej pory zrobić w Puszczy Niepołomickiej. Dotychczas najbardziej zadowolony byłem z fotografii, którą udało mi się zrobić ostatniej zimy. No ale teraz widzę, że "ambonowa" perspektywa to jednak nie to.
środa, 18 sierpnia 2010
poniedziałek, 19 lipca 2010
Zdjęcie na raty
Po dłuuugiej przerwie jestem z powrotem. Najpierw była majowa powódź i moje tereny łowieckie znalazły się pod wodą. Później: kupa obowiązków i absolutny brak czasu na zdjęcia. A na koniec, kiedy już wróciłem do lasu, długo nie mogłem trafić na żadnego zwierza. Samo życie:( Wreszcie jednak szczęście znowu się do mnie uśmiechnęło. Gdzie? Oczywiście w Puszczy Niepołomickiej. Trochę to trwało, ale w końcu znów wziąłem się do roboty. A było to tak:
W Puszczy fotografowałem dotychczas w miejscach leżących tuż nad Wisłą. W trakcie powodzi o robieniu zdjęć nie było więc mowy. Gdy wody już opadły, też przez jakiś czas nie wybierałem się w teren, bo wiedziałem, że rozmiękła ziemia uniemożliwi mi dotarcie do celu. I tak zrobił się koniec czerwca. Kiedy wreszcie wróciłem na stare śmieci, moim oczom ukazał się niesamowity widok. Żywioł zmienił leśny krajobraz i w miejscu moich łowów powstało niewielkie jeziorko. Wieczorami słychać było w nim rechoczące żaby, w okolicy zaczęły pojawiać się bociany czarne i... wędkarze. Rewelacja! Ale powódź miała jeszcze jeden, zdecydowanie mniej przyjemny, skutek. W wysokich trawach wylęgły się niezliczone roje komarów. Brzęczące potwory dosłownie zaklejały człowiekowi oczy i usta... Jak na złość, przez dłuższy czas nie mogłem też zrobić żadnego sensownego zdjęcia. Ostatnie upały zdążyły już całkiem osuszyć ziemię, nowe jeziorko prawie zniknęło, a ja wciąż wracałem z niczym.

Wreszcie udało mi się zrobić "zdjęcie na raty". Pewnego wieczora bezowocnie wyczekiwałem na jednej z ambon (jakimś cudem konstrukcja przetrwała powódź) i gdy zapadły ciemności stwierdziłem, że dobrze będzie wrócić w to samo miejsce nad ranem. Spakowałem zabawki, przespałem się w domu przez jakieś 3 godziny i przed świtem znów zameldowałem się w Puszczy. W około panowały jeszcze całkowite ciemności, a horyzont rozjaśniały błyski odległych burz. Niesamowity klimat!
Krótka noc zrobiła swoje i z trudem starałem się nie zasnąć. Co chwilę nerwowo zrywałem się z letargu, kurczowo chwytając za oparcie ambony. Czas płynął bardzo wolno... Wreszcie nad lasem wzeszło słońce, a wraz z nim POJAWIŁY SIĘ ZWIERZĘTA. Z daleka widziałem pojedyncze sarny, które na moment wychodziły na łąki i zaraz potem znikały w zaroślach. I tak w kółko! Żadne zwierze nie chciało jednak podejść do ambony. Na szczęście w końcu znalazła się ochotniczka:)
Powoli jedna z saren zaczęła zbliżać się w moją stronę. Szła bardzo ostrożnie, czujnie przedzierając się przez wysokie trawy. Kilka metrów od ambony wreszcie stanęła i wzięła za obgryzanie zielonych pędów. Cały czas wiedziałem, że sarna jest tuż obok, ale co chwilę traciłem ją z oczu. W zaroślach zwierz pojawiał się i znikał. Zwarty i gotowy czekałem, aż wreszcie wyjdzie na łąkę. - Nie spieprz tego Adam - powtarzałem sobie w myślach. Nic z tego! Nagle sarna wychyliła się z traw i gdy tylko znalazła się na otwartej przestrzeni, wystrzeliła przed siebie jak poparzona. Starannie ustawianą ostrość szlag trafił, a ja mogłem już tylko starać się trafić na oślep w pędzącą kozę. Gdy na moment zamarła, wyzwoliłem migawkę. Później po sarnie został już tylko ślad wydeptany w trawie.
W Puszczy fotografowałem dotychczas w miejscach leżących tuż nad Wisłą. W trakcie powodzi o robieniu zdjęć nie było więc mowy. Gdy wody już opadły, też przez jakiś czas nie wybierałem się w teren, bo wiedziałem, że rozmiękła ziemia uniemożliwi mi dotarcie do celu. I tak zrobił się koniec czerwca. Kiedy wreszcie wróciłem na stare śmieci, moim oczom ukazał się niesamowity widok. Żywioł zmienił leśny krajobraz i w miejscu moich łowów powstało niewielkie jeziorko. Wieczorami słychać było w nim rechoczące żaby, w okolicy zaczęły pojawiać się bociany czarne i... wędkarze. Rewelacja! Ale powódź miała jeszcze jeden, zdecydowanie mniej przyjemny, skutek. W wysokich trawach wylęgły się niezliczone roje komarów. Brzęczące potwory dosłownie zaklejały człowiekowi oczy i usta... Jak na złość, przez dłuższy czas nie mogłem też zrobić żadnego sensownego zdjęcia. Ostatnie upały zdążyły już całkiem osuszyć ziemię, nowe jeziorko prawie zniknęło, a ja wciąż wracałem z niczym.

Wreszcie udało mi się zrobić "zdjęcie na raty". Pewnego wieczora bezowocnie wyczekiwałem na jednej z ambon (jakimś cudem konstrukcja przetrwała powódź) i gdy zapadły ciemności stwierdziłem, że dobrze będzie wrócić w to samo miejsce nad ranem. Spakowałem zabawki, przespałem się w domu przez jakieś 3 godziny i przed świtem znów zameldowałem się w Puszczy. W około panowały jeszcze całkowite ciemności, a horyzont rozjaśniały błyski odległych burz. Niesamowity klimat!
Krótka noc zrobiła swoje i z trudem starałem się nie zasnąć. Co chwilę nerwowo zrywałem się z letargu, kurczowo chwytając za oparcie ambony. Czas płynął bardzo wolno... Wreszcie nad lasem wzeszło słońce, a wraz z nim POJAWIŁY SIĘ ZWIERZĘTA. Z daleka widziałem pojedyncze sarny, które na moment wychodziły na łąki i zaraz potem znikały w zaroślach. I tak w kółko! Żadne zwierze nie chciało jednak podejść do ambony. Na szczęście w końcu znalazła się ochotniczka:)
Powoli jedna z saren zaczęła zbliżać się w moją stronę. Szła bardzo ostrożnie, czujnie przedzierając się przez wysokie trawy. Kilka metrów od ambony wreszcie stanęła i wzięła za obgryzanie zielonych pędów. Cały czas wiedziałem, że sarna jest tuż obok, ale co chwilę traciłem ją z oczu. W zaroślach zwierz pojawiał się i znikał. Zwarty i gotowy czekałem, aż wreszcie wyjdzie na łąkę. - Nie spieprz tego Adam - powtarzałem sobie w myślach. Nic z tego! Nagle sarna wychyliła się z traw i gdy tylko znalazła się na otwartej przestrzeni, wystrzeliła przed siebie jak poparzona. Starannie ustawianą ostrość szlag trafił, a ja mogłem już tylko starać się trafić na oślep w pędzącą kozę. Gdy na moment zamarła, wyzwoliłem migawkę. Później po sarnie został już tylko ślad wydeptany w trawie.
Etykiety:
ambona,
Puszcza Niepołomicka,
sarna
piątek, 4 czerwca 2010
Żaba po chorwacku
Tym razem chwila oddechu od Puszczy Niepołomickiej i wieczornych gonitw za jeleniami i dzikami. Miałem ostatnio przyjemność wybrać się do Chorwacji, gdzie odwiedziłem m.in. Park Narodowy Rzeki Krka i zobaczyłem okolice wodospadu Skradinski buk oraz miejsce, w którym rzeka uchodzi do Adriatyku. Czas, jaki spędziłem nad Krką nie był długi, ale przy okazji udało mi się zrobić jedno ciekawe zdjęcie żaby.
Nie znam się specjalnie na płazach i nie wiem jaki to gatunek, ale wydaje mi się, że trafiłem akurat na okres godów. Żab w rozlewiskach Krki było całe mnóstwo i z każdej strony dochodził głośny rechot. Zwierzęta tkwiły nieruchomo w wodzie (były jakby w transie) i z łatwością mogłem się do nich zbliżyć. Nie reagowały na nic.

Rozłożyłem się więc w poprzek drewnianego pomostu (blokując przy okazji przejście grupie niemieckich turystów - emerytów) i wziąłem się do roboty. Aparat opuściłem najniżej jak tylko mogłem, aby znalazł się tuż nad lustrem wody. Całe szczęście, że miałem akurat pod ręką cyfrówkę z odchylanym wyświetlaczem, bo bez niego pewnie nie udałoby mi się złapać odpowiedniego kadru. Tkwiłem w tej niewygodnej pozycji przez dobrych kilka minut, bo ruch na pomoście był duży (ach ci turyści!) i cały czas w wodzie odbijała się czyjaś sylwetka.
Ręce zaczęły mi już mdleć, ale przynajmniej żaba zachowała się odpowiedzialnie i przez cały ten czas nie drgnęła nawet o milimetr. Wreszcie nadarzył się moment, w którym na pomoście nie było nikogo i mogłem zrobić swoje. Jakże przyjemnie było później wstać i rozprostować kości...
Nie znam się specjalnie na płazach i nie wiem jaki to gatunek, ale wydaje mi się, że trafiłem akurat na okres godów. Żab w rozlewiskach Krki było całe mnóstwo i z każdej strony dochodził głośny rechot. Zwierzęta tkwiły nieruchomo w wodzie (były jakby w transie) i z łatwością mogłem się do nich zbliżyć. Nie reagowały na nic.

Rozłożyłem się więc w poprzek drewnianego pomostu (blokując przy okazji przejście grupie niemieckich turystów - emerytów) i wziąłem się do roboty. Aparat opuściłem najniżej jak tylko mogłem, aby znalazł się tuż nad lustrem wody. Całe szczęście, że miałem akurat pod ręką cyfrówkę z odchylanym wyświetlaczem, bo bez niego pewnie nie udałoby mi się złapać odpowiedniego kadru. Tkwiłem w tej niewygodnej pozycji przez dobrych kilka minut, bo ruch na pomoście był duży (ach ci turyści!) i cały czas w wodzie odbijała się czyjaś sylwetka.
Ręce zaczęły mi już mdleć, ale przynajmniej żaba zachowała się odpowiedzialnie i przez cały ten czas nie drgnęła nawet o milimetr. Wreszcie nadarzył się moment, w którym na pomoście nie było nikogo i mogłem zrobić swoje. Jakże przyjemnie było później wstać i rozprostować kości...
środa, 26 maja 2010
Wieczór z dzikami
Nocnych łowów ciąg dalszy. Tym razem intuicja (a ta ostatnio mnie nie zawodzi) podpowiadała mi, że jeśli zostanę w lesie jeszcze trochę dłużej, to NA PEWNO trafię na dziki. Trafiłem:) Był późny wieczór i wraz z zapadającymi ciemnościami szanse na zrobienie dobrego zdjęcia spadły praktycznie do zera, ale mimo wszystko warto było poczekać. Dziki wyłoniły się z lasu dokładnie w tym miejscu, w którym się ich spodziewałem. Zwierzęta rozbiegły się po zaoranym polu i zaczęło się szaleństwo – podgryzanie, tarzanie w ziemi, jeden wielki kwik.

Gdyby dziki zechciały choć na chwilę stanąć względnie nieruchomo, to może przywiózłbym z tych łowów nieco lepsze fotografie, ale gdzie tam. Bestie szalały jak opętane, po czym – jak na komendę – zerwały się i uciekły w zarośla. Straciłem je z pola widzenia, ale wciąż wyraźnie słyszałem, że są blisko. W ciemnościach nie mogłem ich dokładnie namierzyć i bałem się, czy schodząc po omacku z ambony nie stanę któremuś przypadkiem na głowie. To by było dopiero bliskie spotkanie! Na szczęście po chwili zapadła cisza i mogłem spokojnie wrócić do samochodu.
PS: Pierwszy raz od kiedy uganiam się z aparatem po Puszczy Niepołomickiej udało mi się w miarę precyzyjnie ustalić gdzie i kiedy zaczaić się na dużego zwierza. Do pełni szczęścia brakuje mi już tylko dobrego światła. Po cichu liczę na to, że uda mi się w końcu zrobić przyzwoite zdjęcia dzików i jeleni w czerwcu, kiedy dzień będzie najdłuższy.

Gdyby dziki zechciały choć na chwilę stanąć względnie nieruchomo, to może przywiózłbym z tych łowów nieco lepsze fotografie, ale gdzie tam. Bestie szalały jak opętane, po czym – jak na komendę – zerwały się i uciekły w zarośla. Straciłem je z pola widzenia, ale wciąż wyraźnie słyszałem, że są blisko. W ciemnościach nie mogłem ich dokładnie namierzyć i bałem się, czy schodząc po omacku z ambony nie stanę któremuś przypadkiem na głowie. To by było dopiero bliskie spotkanie! Na szczęście po chwili zapadła cisza i mogłem spokojnie wrócić do samochodu.
PS: Pierwszy raz od kiedy uganiam się z aparatem po Puszczy Niepołomickiej udało mi się w miarę precyzyjnie ustalić gdzie i kiedy zaczaić się na dużego zwierza. Do pełni szczęścia brakuje mi już tylko dobrego światła. Po cichu liczę na to, że uda mi się w końcu zrobić przyzwoite zdjęcia dzików i jeleni w czerwcu, kiedy dzień będzie najdłuższy.
Etykiety:
ambona,
dzik,
Puszcza Niepołomicka
Subskrybuj:
Posty (Atom)



