
Załoga rezerwatu wsadziła mnie do zdezelowanego Land Rovera i razem z innymi zapaleńcami ruszyliśmy przed siebie. Dookoła prawdziwe bogactwo zwierza, ale ze zdjęciami wcale nie było łatwo. Samochód trząsł niemiłosiernie na wyboistej drodze. Dobrze, że się nie rozleciał:)

Największymi gwiazdami safari były nosorożce. Dwa kolosy ułożyły swoje cielska na ziemi i w ogóle nie zwracały na nas uwagi. Można było fotografować je z każdej strony. W tle pasły się zebry. - Can you drive a little further? - prosiliśmy kierowcę - just one meter. Samochód zbliżał się do zwierząt coraz bardziej.

W końcu jeden z "modeli" poczuł się rozgniewany naszą obecnością i powstał. Musieliśmy odjechać. Rozjuszony, szarżujący nosorożec jest w stanie przewrócić samochód.

Jedziemy więc dalej. Nagle między skałami pojawiają się słonie. Kroczą powoli, dostojnie. Prawdziwa potęga!

Wokół samochodu cały czas krążyła "drobnica". W pewnym momencie, tuż przed maską, wypadł na drogę springbok - narodowa maskotka Południowej Afryki.

Chwilę później pojawiły się zebry. Aparat gotował mi się w rękach! Tego dnia widziałem jeszcze strusie i całe stado antylop gnu. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Nic nie trwa jednak wiecznie. Safari się skończyło, trzeba było wracać. Reasumując: wyprawa do RPA - 12 godzin męczącego lotu, wrażenia z safari - BEZCENNE!!!
0 komentarze:
Prześlij komentarz