Akcję zacząłem głęboką nocą. Jest godzina 2, budzik wyrywa mnie ze snu. Mechanicznie ubieram się i pakuję przygotowany wcześniej sprzęt. Szybki łyk kawy i do auta. Po godzinie jestem na miejscu. Do wschodu słońca zostało jeszcze trochę czasu. Otwieram drzwi samochodu i... zderzam się ze ścianą komarów. Jest ciężko! W ciemnościach wszystko wygląda inaczej. Nie widzę ambony, nie wiem, w którą stronę mam iść. Po omacku ruszam przez łąkę. W pewnym momencie na mojej drodze staje głęboki, zarośnięty rów. Chwilę się zastanawiam i postanawiam sforsować przeszkodę. Niezgrabnie przedzieram się przez zarośla. Z traw podrywają się miliony meszek. ARMAGEDON! Wreszcie widzę drabinkę - jest ambona! Chwila "wspinaczki" i jestem na górze. Pozostaje tylko czekać.

Robi się coraz jaśniej, nad łąkami gęsta mgła. Wokół idealna cisza, nie słychać nawet ptaków. Nagle dostrzegam jakiś ruch. Wytężam wzrok i JEST, COŚ PODCHODZI!. Z mgły wyłania się lis. Zaraz za nim pojawia się drugi - młody. Człapie przez chwilę po łące i zatrzymuje się. Dalej iść nie chce! Pierwszy lis(ica)wraca i pyskiem wskazuje młodemu maruderowi właściwy kierunek. Ruszają dalej. Są coraz bliżej, ale co chwilę znikają w wysokich trawach i tracę je z oczu. Nagle lisica wyłania się z zarośli. JEST TUŻ POD AMBONĄ! Zabieram się do roboty. Lisica usłyszała migawkę i spogląda wprost w obiektyw. Na to czekałem. I to by było na tyle. Lisy odchodzą, jelenie ani dziki się nie pojawiły. Pora zejść z ambony - na dzisiaj koniec. Powrotną drogę do auta odnalazłem już bezbłędnie.
0 komentarze:
Prześlij komentarz