
Był początek stycznia. Widoczność w lesie znakomita, lekki mróz, pod nogami cienka warstwa śniegu, a na nim - gąszcz świeżych śladów. Chciałem wytropić zwierza, ale to zwierz wytropił mnie. W pewnej chwili, kilkanaście metrów od ścieżki pojawiła się sarna. Nie widziałem jej wcześniej. Wyrosła jak spod ziemi i pasła się spokojnie, nie zwracając na mnie uwagi. Na grzbiecie miała brunatne, zimowe futro, lekko przypruszone śniegiem.
Zdjęcia robiłem z ręki, 300 mm zoomem. Chciałem podejść jak najbliżej, ale od sarny oddzielała mnie plątanina gałęzi. Ustawiłem w aparacie centralny punkt autofokusa i starałem się złapać odpowiedni kadr. Częściowo się udało, ale AF i tak pogubił się między patykami. Dobrze, że zdołałem przynajmniej uchwycić moment, w którym sarna spojrzała w obiektyw. Chwilę później już jej nie było.
A zdjęcie? Choć zrobione w kolorze, wygląda trochę jak czarno białe. Fotografowanie w takiej scenerii wymusiło na mnie korektę ekspozycji: +2/3 w aparacie i potem jeszcze trochę przy obróbce. Efekt? Śnieg na zdjęciu jest biały. Gdybym całkowicie zaufał wskazaniom światłomierza, zdjęcie byłoby niedoświetlone, a śnieg - szary. Co prawda cała reszta i tak jest szara, ale taki już urok zimy. Nic na to nie poradzę.
0 komentarze:
Prześlij komentarz