- Wyjdź, spróbuj, może uda ci się zrobić zdjęcie - namawiali mnie Rodzice, z którymi spędzałem ten dzień. - Nie da rady - stwierdziłem. Jest już za późno, a poza tym, zanim zdążę się ruszyć, ptak na pewno już odleci - upierałem się. Do fotografowania nie trzeba mnie jednak długo zachęcać, więc już po chwili wskoczyłem w buty, chwyciłem aparat i wyszedłem do ogrodu. No i się zaczęło!

Moją jedyną możliwością było podejść do kwiczoła jak najbliżej i zrobić mu zdjęcie z ręki. Aby go nie spłoszyć, specjalnie obszedłem dom dookoła i z wolna zacząłem podchodzić do ognika. Od krzaka dzieliła mnie straszliwa wręcz odległość (czyli jakieś dziesięć metrów) i co gorsza musiałem dreptać samym środkiem ogrodu bez jakiejkolwiek osłony.
Po przejściu kilku kroków podniosłem aparat do oka i zrobiłem pierwszą serię zdjęć. Efekt był mizerny. Światła jak na lekarstwo, ciężki teleobiektyw drżał w rękach i wszystkie zdjęcia wyszły poruszone. Ale kwiczoł ani drgnął. Znów kilka kroków, kolejna seria i... znowu nic z tego. A kwiczoł jak siedział, tak siedzi. Jeszcze parę metrów, przysłona otwarta na pełną dziurę, czułość podkręcona do 1600 ISO, następna seria i... trochę lepiej, ale to jeszcze nie to. Kwiczoł nadal na krzaku. Następne cenne centymetry, wreszcie mogę skrócić ogniskową, wykadrować, strzelić. UDAŁO SIĘ! Mam w miarę ostre zdjęcia. A kwiczoł? Odleciał. Zdążyłem w ostatniej chwili. Chyba nawet całkiem ostatniej, bo od tamtej pory kwiczoły już się nie pojawiły. Ale zima jeszcze młoda i przy karmniku wszystko może się zdarzyć. Żeby tylko inne ptaki chciały wykazać się taką cierpliwością jak kwiczoł...
0 komentarze:
Prześlij komentarz